Dla wielu rzeszowian to miejsce kultowe. To tutaj chodzili na pierwsze randki, tutaj uciekali na wagary i tutaj przeżywali największe filmowe emocje. Kino Zorza to jednak nie tylko sala widowiskowa, ale przede wszystkim ludzie i technologia, która przeszła niesamowitą rewolucję. O tym, jak wyglądało kino „od kuchni” w ostatnich dekadach, w rozmowie z Wojciechem Wójcikiem opowiedział wieloletni operator kinowy, Andrzej Zawiślak.
Choć dziś w kabinie projekcyjnej stoi nowoczesny sprzęt cyfrowy, a filmy przychodzą na dyskach twardych, duch dawnego kina wciąż unosi się w murach przy ulicy 3 Maja. Andrzej Zawiślak, związany z Zorzą od 2006 roku (a z branżą filmową znacznie dłużej), zabiera nas w sentymentalną podróż do czasów, gdy kino było prawdziwym rytuałem.
Od „dzikiego” VHS do kabiny operatora
Zanim Andrzej Zawiślak trafił na stałe do Zorzy, jego droga zawodowa wiodła przez fascynujące zakamarki rzeszowskiej kinematografii. Pracował m.in. w dawnym kinie Iluzjon przy al. Rejtana, gdzie mieściła się centrala rozpowszechniania filmów. To tam każda kopia filmowa przechodziła techniczną kontrolę przed trafieniem na ekrany w regionie.
Ciekawym epizodem w jego karierze była praca w komórce wideo, utworzonej przez Naczelny Zarząd Kinematografii w czasach transformacji ustrojowej. Była to próba cywilizowania „dzikiego rynku” kaset VHS. Pan Andrzej obsługiwał tak zwanych „agentów” – ludzi, którzy jeździli po wsiach i domach kultury, wyświetlając filmy.
Jak „Zorza” stała się Zorzą?
Historia rzeszowskiego kina sięga 1956 roku. Co ciekawe, jego nazwa nie została narzucona odgórnie, lecz wyłoniona w konkursie ogłoszonym przez gazetę „Nowiny”. Zwycięską propozycję zgłosił pan Styś z Palikówki. Choć nazwa przyjęła się na dekady, początkowo budziła pewne kontrowersje – niektórzy doszukiwali się w niej podtekstów politycznych („Czerwona Zorza”).
Do dziś trwają też spory o to, jaki film zainaugurował działalność kina. Według niektórych źródeł był to szekspirowski „Otello”, inni – w tym obecna prezes kina – skłaniają się ku tezie, że na pierwszy ogień poszedł western.
Legendarne kolejki i „Pomidor” na bramce
Dziś bilety kupujemy przez internet, a sala rzadko pęka w szwach. Dawniej wyprawa do kina wiązała się z wystawaniem w gigantycznych kolejkach, które ciągnęły się od kas aż do dawnego „Wiarusa”. Prawdziwe oblężenie Zorza przeżywała podczas emisji filmów kung-fu. Na „Wejście Smoka” czy „Klasztor Shaolin” niektórzy widzowie chodzili po kilkadziesiąt razy, znając każdą scenę na pamięć.
Dostanie się na seans nie zawsze było jednak proste, zwłaszcza dla niepełnoletnich. Andrzej Zawiślak wspomina legendarnego biletera o pseudonimie „Pomidor”, który słynął z restrykcyjnego przestrzegania ograniczeń wiekowych. Młodzi kinomani uciekali się do różnych forteli – od podrabiania legitymacji szkolnych po… zakładanie wyższych butów, by dodać sobie powagi i centymetrów.
Tęsknota za szumem projektora
Dla Andrzeja Zawiślaka kino to przede wszystkim taśma filmowa. Choć cyfryzacja ułatwiła pracę (filmy wgrywa się na serwer, a operatorzy nie muszą już sklejać taśm), to właśnie analogowa technologia miała w sobie najwięcej magii.
Rytuał, który zaginął
Rozmowa w kabinie projekcyjnej to także gorzka refleksja nad zmianą obyczajów. Dawniej seans był celebrowanym rytuałem.
Magia zaczynała się w momencie, gdy gasły światła, a ciężka kurtyna powoli się rozsuwała, odsłaniając ekran. Widzowie szanowali ciszę. Dziś, w dobie smartfonów, popcornu i ciągłego wychodzenia z sali, tamta atmosfera wydaje się być odległym wspomnieniem.
Mimo konkurencji ze strony multipleksów i zmian technologicznych, Kino Zorza przetrwało i ma się dobrze. W przyszłym roku placówka będzie świętować swoje 70-lecie. Miejmy nadzieję, że z tej okazji znów usłyszymy charakterystyczny szum projektora i poczujemy magię taśmy filmowej.
Odcinek powstał przy współpracy Fundacji Rzeszowskiego Ośrodka Archeologicznego z Polskim Radiem Rzeszów. Sfinansowano z budżetu Gminy Miasto Rzeszów.